Na koniec świata, czyli do… Bullerbyn

Na koniec świata, czyli do… Bullerbyn

Pierwszy wpis na blogu to podróż sentymentalna. Zapraszam Was do Bullerbyn – zwykłej szwedzkiej wioski, w której mieszkają niezwykłe dzieci – Dzieci z Bullerbyn. Książkę o takim właśnie tytule w roku 1947 napisała Asrtrid Lindgren. Ta dość obszerna – jak na dziecięce standardy – opowieść, to dla wielu osób symbol idealnych lat dziecięcych. Nie każdy miał dzieciństwo takie, jakie opisano w tej publikacji, ale z pewnością każdy chciałby takie mieć.

Dzieci z Bullerbyn to książka o sześciorgu (z czasem siedmiorgu) dzieci, które całe swoje dotychczasowe życie spędzają w rodzinnej wsi. Choć Bullerbyn to miejsce „na końcu świata”, to pomysłowość małolatów zapewnia im rozrywki na najwyższym poziomie. Na pierwszy rzut oka w dwudziestowiecznej szwedzkiej wsi rozkład sił zdecydowanie przeważa w stronę patriarchatu. Po wnikliwszej lekturze możemy zauważyć jednak, że z pozoru posłuszne, bawiące się lalkami dziewczęta, niejednokrotnie ucierają nosa chłopcom, którzy przekonani o swojej wyższości, próbują naruszyć odwagę dziewcząt.

Zapytałyśmy ich, co to ma znaczyć, a Lasse odpowiedział, że jest to specjalny język, który tylko chłopcy rozumieją. Dla dziewczynek jest za trudny.

Dziewczynki zawsze zgodnie dochodzą do wniosku, że „chłopcy właściwie nigdy nie są pożyteczni”. Nawet, gdy wymyślają nowy język.

Zabawy w Bullerbyn

Stworzenie własnej mowy, to tylko jedna z wielu zabaw, wymyślonych przez Lisę, Annę, Brittę, Lassego, Bossego i Ollego. Oprócz lingwistycznych wariacji, dzieci spały w stogu siana, grały w dwa ognie, uciekały z domu, walczyły na śnieżne kule i poduszki, chodziły po drzewach i szukały skarbu. To tylko kilka okazów z całego arsenału zabawowych alternatyw. Gdyby ktoś zastanawiał się, dlaczego warto zachęcać dzieci do przeczytania tej książki, to jednym z argumentów może być właśnie to – niewyczerpana skarbnica pomysłów, jak poradzić sobie z nudą. Ponadto dzieci mogą dowiedzieć się, czym jest końska derka i że ozdoby choinkowe można zrobić własnoręcznie, nie trzeba ich kupować w supermarkecie. Dziecięce szaleństwo nie koliduje jednak z bystrością i mądrością. Dowodem na to może być fakt, że każdy spór czy kłótnia kończą się wspólną zabawą, co pokazuje, że dzieci z Bullerbyn potrafią wykazać się większą dojrzałością niż niejeden dorosły. Trudno także nie zgodzić się z życiową sentencją głównej bohaterki, która pewnego dnia stwierdza, że „historie o duchach wcale nie są straszne, gdy świeci słońce”. Wspomniana wcześniej bystrość ujawnia się w codziennych sytuacjach i  momentami może zaskakiwać.

Mama obudziła nas bardzo wcześnie i włożyła na nas całą masę swetrów i szalików. Byłam przekonana, że się uduszę, zanim dojadę na to przyjęcie, a mama przyszła jeszcze z dodatkowym szalem, którym chciała mi owinąć głowę. Wówczas powiedziałam, że jeżeli mam jechać do cioci Jenny po to, żeby robić z siebie widowisko, to wolę nie jechać wcale.

Oprócz rozpościerania idyllicznego obrazu najmłodszych lat, Dzieci z Bullerbyn pełnią też oczywiści funkcję edukacyjną. Książka uczy obowiązkowości (co jakiś czas każdy musi załatwiać sprawunki), pomagania innym (nie plewi się tylko swojego zagonu, ale dba o wszystkie, a gdy nauczycielka jest chora, trzeba zrobić jej herbatę), a także przedsiębiorczości (dzieci sprzedają wiśnie). Nad wszystkim czuwają rodzice. Prawdopodobnie Bullerbyn to jedyne miejsce na Ziemi, w którym mamy nie miały pretensji o to, że dzieci przyniosły do domu małe, bezdomne kocięta. Rodzice książkowych bohaterów ufają swoim pociechom, dlatego pozwalają im samym pływać po jeziorze, czy wychowywać jagnię. Mimo dużej swobody, dzieci nie są bezkrytyczne wobec dorosłych. Czasami stwierdzają, że „dorośli nie robią nic innego, gdy są do kogoś zaproszeni, tylko jedzą”, a gdy rodzice wymagają za dużo przypominają, że „jest to jednak zupełnie niemożliwe, żeby czternaścioro dzieci umilkło jednocześnie”.

Zero waste i efekty wizualne

Czy książka ta koresponduje jakoś ze współczesnością? Oczywiście, że tak! Wszystkim zatroskanym porzuconymi, nieszczęśliwymi zwierzętami oświadczam, że „Olle nie ma rodzeństwa, lecz ma psa” i z przymrużeniem oka mogę polecić rozdział pt. W jaki sposób Olle dostał psa. Dzieciaki także mogą zawstydzić każdego, kto pije z plastikowych słomek, ponieważ one używają do tego prawdziwej słomy. 

Dzieci z Bullerbyn to książka skierowana do tych najmłodszych, więc i poziom językowy musi być dla nich odpowiedni. Wrażenie dziecięcej narracji powodują liczne powtórzenia – zarówno słów, jak i informacji. Akcja dość szybko się zmienia, wszystko opisywane jest nieco fragmentarycznie, prawdopodobnie dlatego, aby przykuć uwagę młodego czytelnika. Sporą liczbę archaizmów możemy usprawiedliwić tym, że od pierwszego wydania książki minęło już siedemdziesiąt jeden lat. Jest jednak jeden aspekt, który może rozdrażnić nieco wrażliwszego językowo dorosłego – jest to zupełnie przypadkowa (sic!) odmiana przez przypadki. Chwilowy niesmak szybko przerywają zabawne zdania głównych bohaterów, które swoją konstrukcją przypominają wypowiedzi napisanej w 1945 roku Pippi Langstrumpf („przyjemnie jest mieć własne zwierzę, ale dziadziuś też jest dobrą rzeczą”) .

Ozdobiona prostymi ilustracjami, prosta opowieść o prostych dzieciach niejednemu zapadła w pamięć. Świadczy to o jej uniwersalności i ponadczasowości. Ja, mimo tego że lata szkolne mam już dawno za sobą, nadal naiwnie chcę, żeby Boże Narodzenie wyglądało tak jak w Bullerbyn, a sama książka od wielu lat jest głównym powodem, dla którego chciałabym odwiedzić Szwecję.

One Comment
  1. Cudowne przypomnienie krainy dziecięcych marzeń. Czekam na więcej!

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *