Big city life vs. Kawiarenki - czyli życie w małym i dużym mieście

Big city life vs. Kawiarenki - czyli życie w małym i dużym mieście

Mieszkańcy małych miast często pragną żyć w tych dużych. Ci, którzy żyją w dużych, marzą o ucieczce na prowincję. Wiadomo, wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Jasne, że są typy, które stanowczo opowiadają się za jedną lub drugą stroną. Wydaje mi się jednak, że większość osób w pewnym momencie staje na rozdrożu i musi wybrać jeden kierunek, a to wcale nie jest takie łatwe.

Gdzieś pomiędzy

Mam ten przywilej (i zarazem utrapienie) – przynajmniej na razie – że żyję między dwoma miastami: Wrocławiem (ok. 700 000 mieszkańców) i Górą (ok. 13 000 mieszkańców). I – przynajmniej na razie – jest to całkiem wygodne rozwiązanie. Po spędzeniu całego dzieciństwa i okresu nastoletniego w Górze, okropnie na nią psioczyłam i chciałam uciekać jak najszybciej. Ucieczka miała miejsce w momencie rozpoczęcia studiów na Uniwersytecie Wrocławskim. Gdy zamieszkałam we Wrocławiu, byłam nim oczarowana, zachwycona i nie czułam żadnej potrzeby, żeby się z niego ruszać. Po prawie pięciu latach życia w dużym mieście nadal widzę jego plusy, ale zauważam też minusy. Tak samo jest z Górą – nadal widzę minusy, ale zauważam plusy.

Odległości

Pierwszym czynnikiem, który różni małe i duże miasta są odległości. W Górze osiem rzeczy załatwiam w szesnaście minut, we Wrocławiu zajmuje mi to dwie godziny, chociaż na korzyść dużego miasta działa to, że mamy duży dostęp do wielu usług i możemy między nimi wybierać. W Górze tego wyboru raczej nie ma.

Pełnia życia albo i nie

Różnica w czasie załatwiania sprawunków (to słowo kojarzy mi się tylko z Dziećmi z Bullerbyn, o których pisałam tutaj) wpływa też na to, że w małym mieście mamy więcej czasu na życie, ale… nie ma zbyt wielu możliwości, żeby coś z tym życiem zrobić. Odwrotnie jest w dużym mieście – możliwości na „życie” jest milion, ale nie ma na nie czasu. W wyniku tego błędnego koła często przebywając w jakiejś mieścince padamy na twarz z nudów, a będąc w metropolii padamy na twarz ze zmęczenia.

Skądś panią znam

Wrocław to anonimowość. Oczywiście nie zawsze, bo im dłużej tam mieszkamy, tym więcej ludzi poznajemy, a gdy poruszamy się w tych samych rejonach, to prawdopodobnie, prędzej czy później, wpadniemy na kogoś znajomego. Ma to swoje plusy, bo nie musimy ciągle rozglądać się w celu powiedzenia wszystkim „dzień dobry” i nikt nie zrobi sensacji, gdy w środku tygodnia pójdziemy na piwo. W Górze anonimowość raczej nie istnieje. Bywa to irytujące, bo każdy zna szczegóły życia sąsiada, ale przy okazji jest to też pomocne – szczególnie, gdy musisz załatwić coś, do czego potrzebne są „znajomości”.

Naturalny zew natury

Małe miasta zazwyczaj położone są blisko natury. Dla niektórych las widziany z okna to dar od losu i fantastyczna opcja na spędzanie wolnego czasu i uspokojenie myśli. Ten przyrodniczy luksus to coś, co w dużych miastach jest ostatnio coraz bardziej pożądane. W wyniku tego mamy dostęp do natury luksusowej – sztucznych plaż otoczonych urokliwymi światełkami i rozległych, symetrycznych parków.

Kontrola podstawą zaufania

Ostatecznie duże i małe miasta różni poczucie kontroli nad życiem. W małym jest ono duże – znamy ludzi, miejsca, każdy centymetr kwadratowy. Dla niektórych to zaleta, dla innych wada. W dużym mieście zawszą są obszary, do których jeszcze nie dotarliśmy, ludzie, których nie widzieliśmy, albo widzieliśmy raz i to już nigdy się nie powtórzy. I znów może być to zarówno plus, jak i minus. Duże miasto dzieje się nieustannie i nie odpoczywa.

Mam tak samo jak ty?

Jak widać spór jest trudny do rozstrzygnięcia. Ja jestem gdzieś pomiędzy i na razie bardzo mi to pasuje. Ciekawa jestem czego Wy potrzebujecie, do jakiej strony bardziej się przychylacie i jakie są Wasze sposoby, żeby wilk był syty i owca cała? Piszcie w komentarzach!

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *