Penelope Bloom - "Jego banan"

Penelope Bloom - "Jego banan"

Jakiś czas temu Internet – a szczególnie Instagram – zalała fala zdjęć i recenzji książki autorstwa Penelope Bloom pod tytułem Jego banan. Zachwytom nie było końca, więc i ja postanowiłam przeczytać tę książkę, aby dowiedzieć się, co wzbudza w czytelniczkach (bo ekscytowały się właściwie głównie panie) największe emocje. Czy było warto? Zdania są podzielone, a uczucia mieszane.

Tytuł pierwszej części serii Owoce pożądania jest dość osobliwy i można wnioskować, że jego głównym zadaniem było szokowanie i przykuwanie uwagi. Zadanie zostało wykonane. Jego [tytułu] prawdziwe znaczenie wyjaśnia się całkiem szybko, co nadaje mu dość komiczny wydźwięk i zgrywa się nieźle z całością książki.

Historyjka

Jego banan to historia Natashy – młodej, niezdarnej, niezbyt zamożnej dziennikarki o pospolitym wyglądzie, która w ramach polecenia służbowego trafia do jednej z największych korporacji w Nowym Yorku. Tam poznaje jej właściciela – nieziemsko przystojnego i obrzydliwie bogatego Bruce’a. Uczucie dość szybko zaczyna kwitnąć, a miłosnym igraszkom nie ma końca. Przypomina Wam to coś? Tak jest! Pięćdziesiąt twarzy Greya i Zmierzch w jednym.

Ona i On

Bohaterowie Jego banana (jak to brzmi! :o) nie są zbyt skomplikowani. W sumie to są jednowymiarowi i przejrzyści, jak postaci w kolorowance. Natasza na początku wydaje się infantylna do granic możliwości i na przestrzeni książki nie zmienia się to jakoś diametralnie, ale na szczęście miewa przebłyski. Jej mocną strona jest to, że wie o swoich słabych stronach. W pewnym momencie twierdzi:

Zacisnęłam mocno powieki, błagając w duchu, żebym choć raz, przynajmniej na ułamek sekundy, przestała być idiotką.

Musze przyznać, że i ja nie raz, nie dwa, zaciskałam powieki wypowiadając w głowie to samo życzenie. Jedną z takich chwil był moment, kiedy Natasha stwierdziła, myśląc o Brusie, że:

[…] całkiem dobrze czuję się ze świadomością, że potrafi uchronić mnie przed najgorszą częścią mnie samej.

Jeżeli taka myśl pojawia się w umyśle dorosłej kobiety, to znaczy, że trzeba uciekać jak najprędzej, bo robi się toksycznie. W książce to może i urocze, ale w życiu na pewno nie!

Bruce z kolei jest… całkiem normalny, jak na książkę tego typu. Grey miał trudne dzieciństwo i ciągotki przemocowe, Edward był wampirem i mienił się w słońcu. Bruce’a z tą zacną dwójką łączy jedynie dobre serce i narcyzm. Przykład? Proszę bardzo.

Chciałem trzymać z dala od niej wszystkich. Ta dziewczyna była moim problemem.

Problem Bruce ma też sam ze sobą, bo narcyzm to zaburzenie osobowości, które się leczy. No ale ja wiem, że zaborczy mężczyzna w takiej książce to najbardziej pożądany typ partnera.

Piecze

Czas na „pikantne” momenty, bo chyba o nie w tej książce chodzi. Natasha pewnego razu stwierdza:

W myślach ciągle widziałam wzrok Bruce’a i nie mogłam zapomnieć, jak jego ręka na moich piersiach rozpaliła coś, co nadal wydawało się szaleć w głębi mnie.

Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że ta ręka wylądowała tam w wyniku wycierania pobrudzonej koszuli, to wizja rozpalania czegokolwiek jest dość śmiała i chyba bałabym się stanąć koło Natashy w tramwaju, bo może zaczęłaby planować ze mną życie.

No ale żeby nie było tak czepliwie i pesymistycznie, to są momenty, które należy docenić. Właściwie to moment – jeden. Podczas którejś z rozmów kochanków, oboje zastanawiają się nad nazwą dla sympatycznego palanta. No i znajdują – SYMPALANT. Proste, żeby nie powiedzieć prostackie, ale jednak jakiś urok ma, jednak trochę parsknęłam śmiechem.

Zdecydowanie potępiam za to te dwa zdania „A przede wszystkim była moja. Co do tego nie miałem żadnych wątpliwości”. Potępiam, bo mówi to każdy kochanek w każdym romansie.

Podsumowanie

Musze przyznać, że ta książka do pewnego momentu jest trochę guilty pleasure. Do pewnego momentu, ponieważ pod koniec zwiększa się liczba okropnie opisanych scen erotycznych, a to z kolei sprawia, że ostatnie dwadzieścia stron to katorga umysłowo-estetyczna. Na pewno ta książka odciśnie się na mojej twarzy dodatkową zmarszczką, powstałą podczas czytania tego zakończenia. No ale nie wątpię, że Jego banan ma swoich zwolenników. To typ literatury (chociaż to słowo wydaje się tu trochę nad wyrost, ale niech będzie) „lekkiej, łatwej i przyjemnej”, na plażę w sam raz! Czy zamierzam przeczytać kolejne pierdyliard części? No nie. Ale tym wytrwalszym życzę przyjemności!

Moja ocena:

4/10

 

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *