Rozmowa #1: Paulina Grzegorczyk. Zdjęcia, które leczą z kompleksów

Rozmowa #1: Paulina Grzegorczyk. Zdjęcia, które leczą z kompleksów

Z plam na swoim ciele uczyniła sztukę, a pozytywnego  nastawienia i samoakceptacji postanowiła uczyć innych. Paulina Grzegorczyk to pomysłodawczyni projektu fotograficznego „Vitiligo people”, który po niespełna dwóch latach rozszerzył się na całą Polskę.

Kim jesteś?

To jest naprawdę trudne pytanie! Jestem studentką poradnictwa i pomocy psychopedagogicznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Wydaje mi się, że to dosyć ważne. Pracuje jako menadżer sklepu odzieżowego.

Kiedy dowiedziałaś się, że jesteś chora na bielactwo?

Pierwsza plama bielacza, którą miałam pojawiła się w wieku trzynastu lat, była na prawej ręce. Wtedy, po wizycie u dermatologa, dowiedziałam się, że mam bielactwo. Dowiedziałam się też, że nie jest to choroba, którą da się leczyć i która zniknie dzięki farmakologii. Zdecydowałam wtedy, że nie będziemy tego leczyć.

Na czym dokładnie polega ta choroba? Dotyczy tylko skóry, czy objawia się też w inny sposób?

Ogólnie bielactwo, poza tym, że jest defektem kosmetycznym, może nieść ze sobą bardzo dużo różnych chorób. Mogą być to choroby wewnętrzne, których na pierwszy rzut oka nie łączy się z bielactwem, tak jak refluks żołądka, zaburzenia odporności czy hashimoto. Bielactwo jest chorobą autoimmunologiczną. Tak naprawdę jest tylko objawem tego, że coś złego dzieje się w organizmie.

Jak się poczułaś, gdy dowiedziałaś się o chorobie?

Nie odebrałam tego jako jakiegoś skrajnego defektu, okropnej choroby, kary czy krzywdy. To po prostu się pojawiło, nie sprawiało mi żadnej przykrości. Ta pierwsza plama na ręce była bardzo widoczna. Uwielbiałam się opalać i to właściwie był i jest jedyny problem, bo nie można tego robić. Nic złego w mojej głowie się nie wydarzyło. W pełni to zaakceptowałam. Może to dlatego, że w gimnazjum miałam dość specyficzne towarzystwo. Nikt nie zwracał na to uwagi, a nawet jak ktoś pytał, to po otrzymaniu odpowiedzi temat się kończył.

Jak na chorobę zareagowali twoi bliscy?

Moja mama przeżyła to chyba bardziej niż ja. Zadawała sobie pytania, jak to możliwe i dlaczego spotkało to akurat jej córkę. Ale ten moment trwał bardzo krótko. Obie szybko się z tym pogodziłyśmy. Tato wychodzi z tego założenia, co ja, czyli jak coś się musi wydarzyć i jest komuś przeznaczone, to po prostu trzeba to przyjąć.

Co wpłynęło na to, że masz do bielactwa tak zdrowe podejście?

Myślę, że to wszystko kwestia wychowania i rodziców, którzy zawsze mnie wspierali. Mówili, że i tak jestem piękna. To też kwestia akceptacji. Od zawsze czuję się dobrze ze sobą, ze swoim ciałem. Nie czułam dodatkowej presji, że coś się na tym ciele pojawiło. To niestety rzadko spotykane podejście u ludzi z bielactwem. Zawsze mówię sobie, że to mogła być gorsza choroba, na przykład łuszczyca, która jest trudna w leczeniu i bolesna. Bielactwo nie boli.

Czy możesz powiedzieć, że bielactwo jest częścią Twojej tożsamości?

Gdyby nie bielactwo, nie byłoby mojego projektu. Więc tak, bielactwo spowodowało, że jestem kimś innym niż wszyscy. Nie jest to powód do chwalenia się, ale warto pokazać to tym, u których proces akceptacji choroby jest o wiele dłuższy. Ja sobie z tym poradziłam, więc mogę pomagać innym.

Na czym polega twój projekt fotograficzny?

Wszystko zaczęło się w dniu, kiedy kolejny raz przeczytałam na Instagramie wiadomość z pytaniem, jak to się wydarzyło, że zaakceptowałam siebie. Pomyślałam, że coś trzeba z tym zrobić. Zdecydowałam się na organizację projektu fotograficznego, połączonego ze spotkaniami z osobami, które też maja bielactwo. Długo zastanawiałam się na tym, jak ten projekt powinien być realizowany. Doszłam do wniosku, że trzeba go zrobić na terenie całej Polski. Zdecydowałam, że będą to różne miasta, do których będę dojeżdżać, organizować fotografa i ludzi do zdjęć. Z osobami, które brały udział w tych sesjach w większości do tej pory mam kontakt. Każde spotkanie z chorą osobą jest formą pomocy. To było bezpłatne. Jedyne, co trzeba było zainwestować to siebie i swój czas.

Jaka jest idea tego projektu?

Hasłem przewodnim jest zdanie „Moim marzeniem jest spełnić wasze marzenia o akceptacji siebie”. W całym projekcie chodziło mi też o to, żeby ludzie nie kojarzyli go z moja twarzą, chcę żeby ten projekt miał bardzo wiele twarzy. Walczę o to, żeby spełnić to marzenie.

Jak organizuje się fotografa na drugim końcu Polski?

Trudno. Przede wszystkim trzeba znaleźć kogoś, kto będzie odpowiadać stylem, kogoś, kto wejdzie w koncepcję natury i emocjonalności. To nie jest fotografia wizerunkowa, więc wymaga emocji. No i trzeba znaleźć kogoś, kto będzie chciał wziąć w tym udział za darmo. Nie jest to łatwe. Kilka razy po sesji nie udało się otrzymać zdjęć.

Jak fotografowie zachowują się podczas tych sesji? Czy zdarza się, że jest niezręcznie?

Właściwie to żaden z fotografów nie sprawiał wrażenia, że czuje się niezręcznie. Nikt nie mówił, że to jest dziwne, raczej mówili, że chcą uchwycić piękno tej choroby.

Miałaś wiele problemów związanych z organizacją sesji?

Projekt do dzisiaj nie idzie łatwo i myślę, że nigdy nie będzie. Niestety, organizacja tego w całej Polsce jest trudna. Ludzie czasem po prostu nie przyjeżdżają na sesję, mimo że się zdeklarowali. Myślę, że to taka nasza narodowa cecha, że myślimy, że jak powiedzieliśmy, że gdzieś będziemy, a ostatecznie się tam nie zjawimy, to się nic nie stanie.

Jakie masz plany co do projektu?

Projekt ostatnio rozszerzyłam o „Pogaduchy z psychologiem” czyli o spotkania online ze specjalistą. Niestety, covid mocno pokrzyżował nam plany w tym roku. Wiele sesji się nie odbyło, z wieloma osobami się nie spotkałam. Na pewno będzie więcej sesji w 2021 roku. Będzie też kilka rzeczy, o których na ten moment nie mogę powiedzieć.

Jaka sytuacja z sesji zdjęciowych zapadła ci w pamięć?

Zapadło mi w pamięć to, że nie dostałam zdjęć z sesji w Warszawie. Wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy ten projekt w ogóle ma sens. Ale zaraz pomyślałam sobie, że skoro już zaczęłam, to będę to kontynuować. Pozytywnych rzeczy jest ogrom. Na przykład to, co ludzie z tych sesji wynoszą, to że lepiej się czują. Najpiękniejszym wspomnieniem są rozmowy z mamami dziewczyn, które w podobnym wieku jak ja zaczęły borykać się z problemami bielactwa. Nie każda mama jest w stanie sobie z tym poradzić. Ta choroba rozkłada się na ciele każdego człowieka zupełnie inaczej, nie jest przewidywalna. Teoretycznie, jeżeli bielactwo jest nabyte, wiadomo, że będzie rozchodzić się symetrycznie po ciele. Kiedyś jedna mama powiedziała, że nie spodziewała się, że będzie to dla niej tak trudne emocjonalnie, gdy zobaczyła u innych, jak mocno ta choroba może postępować. Spotkałam się z ogromną liczbą ludzi z bielactwem i nikt nie miał tak bardzo wybielonego cała jak ja, mimo że chorował dużo dłużej.

Czego ci życzyć na nowy rok?

Na pewno zdrowia, bo jest potrzebne nam wszystkim.  Zaparcia, żeby dążyć do celu. I realizacji tych wszystkich rzeczy, które są w mojej głowie, bo jest ich jeszcze sporo.

Instagram „Vitiligo people”: https://www.instagram.com/vitiligo_people/

Leave a reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *