Rozmowa #2: Maciej Marcisz. „Taśmy rodzinne” czyli historia, którą każdy przeżył

Rozmowa #2: Maciej Marcisz. „Taśmy rodzinne” czyli historia, którą każdy przeżył

Można powiedzieć, że Maciej Marcisz związał swoje życie z literaturą, zanim został pisarzem. Albo zanim napisał pierwsza książkę, bo po tym, jaki odniosła sukces, można wnioskować, że pisarzem był już od dawna. W 2019 roku na rynku wydawniczym pojawiły się Taśmy rodzinne, no i stało się. Potrzebny był dodruk. I to nie jeden.

W biogramie Taśm rodzinnych podkreślone jest, że nie skończyłeś dwóch magisterek. Dlaczego ważne jest akurat to, że nie skończyłeś?

Nie powinienem był być zaskoczony, że książka potrzebuje biogramu, kiedy już szła do druku, ale jednak byłem i nie wiedziałem co napisać. Przejrzałem książki, które miałem na półce, przeczytałem biogramy polskich autorów i często było w nich napisane jakie studia skończyli. Ja akurat podwójnie nie napisałem magisterki, pomyślałem że tak napiszę i będzie trochę zabawnie, a jednocześnie – że to może coś charakterystycznego dla ludzi z naszego pokolenia.

Wiele lat pracujesz w branży wydawniczej. Co skłoniło cię, żeby pójść kilka kroków dalej i napisać książkę, a do tego wziąć na tapet relacje rodzinne?

Jeśli patrzy się na to chronologicznie, to rzeczywiście wygląda to tak, że na początku pracowałem i pracuję w branży wydawniczej, a później dopiero wydałem książkę. Ale tak naprawdę jedno i drugie wynika z tej samej pasji, z miłości do książek łamane na literatury.

Długo szukałem swojego tematu. Wiadomo, że pierwsze powieści próbowałem pisać już w liceum, pod wpływem jakiegoś olśnienia, bo przeczytałem Fale Virginii Woolf i myślałem sobie, że napiszę mniej więcej coś takiego (śmiech). Oczywiście te rzeczy nigdy się nie udawały. Szukałem takiego tematu, w którym to, co mam do powiedzenia nie będzie wydawać się fałszywe. Jeżeli chodzi o relacje rodzinne, to wydaje mi się, że to jest dosyć typowe dla autorów i autorek pierwszych książek, że na początku zawsze opowiada się swoją historię albo historię, która jest nam bardzo bliska. Masz trzydzieści lat i robisz wielkie rozliczenie z rodziną (śmiech). Ironizuję, ale coś w tym jest.

Bohaterem twojej książki jest Marcin Małys. Czy to przypadkowa zbieżność z brzmieniem twojego nazwiska?

Nie, to celowe podobieństwo i celowa różnica. Chciałem dać w ten sposób sygnał, że to nie jest to zupełnie zmyślona historia, ani w stu procentach prawdziwa.

Bohaterem jest Marcin, który może wydawać się fajtłapą, nieporadnym życiowo trzydziestolatkiem. Czy widzisz coś takiego u współczesnych trzydziestolatków?

Jasne, że widzę, ale widzę też mnóstwo tych „poradnych” i ogarniętych. Jak czytam gdzieś o tej książce, że to ironiczny portret współczesnego pokolenia, które jest rozpieszczone, to się trochę z tym nie zgadzam. Na pewno mój bohater taki jest, ale jestem daleki od tego, żeby mówić, że on jest jakimś reprezentantem pokolenia. Nie powiedziałbym, że główną cechą milenialsów jest nieporadność.

Ale Marcin patrzy trochę nieprzychylnie na swoich rówieśników. W pewnym momencie mówi: „Maja i Jędrek. Pisarka i fotograf. Dwa beztalencia z fajnymi imionami, które udowodniły, że nie trzeba nadziei, by działać, ani sukcesów, żeby się uprzeć”. Czy uważasz, że dziś wystarczy się uprzeć?

Ci bohaterowie – Maja i Jędrek – to są konkretne osoby, nie „wszyscy rówieśnicy”. Powiedziałbym, że jeżeli już miałby być to jakiś portret grupy społecznej, to części światka artystyczno-literackiego, ale nie całego pokolenia. Na pewno jest w tym coś, że teraz wystarczy się uprzeć. Myślę też, że to jest część narracji, którą się nam sprzedaje. Czyli: walcz o swoje marzenia, nie przejmuj się krytyką, rób swoje, itd. Jeżeli chcesz być kimkolwiek, to Instagram ci podpowie, że na pewno możesz tym kimś być.

Wykorzystujesz w tej książce bardzo dużo stereotypów. Zaczęłam się zastanawiać, czy to jest sposób na odreagowanie, czy jakaś misja zmiany świata?

Na pewno wierzę, że literatura ma moc zmieniania naszego życia. Im więcej przeczytamy o losach różnych ludzi, jesteśmy bardziej otwarci, bardziej wybaczający, mniej uprzedzeni.

Jak to się dzieje, że tyle myśli znajduje się na kartach jednej książki? W pierwszym akapicie jest zdanie „Próbował sobie przypomnieć pewną myśl, której nie zdążył zapisać trzy dni temu. Wydawało mu się, że tej myśli nie da się po prostu zapomnieć, że pozostanie z nim już na zawsze. Mylił się. Myśl uciekła”. Masz niezawodny sposób, żeby takich myśli nie gubić?

W moim przypadku najbardziej sprawdza się banalny sposób notowania na telefonie, w przeciwieństwie do tych wszystkich pięknych notesików, które gubię lub zostawiam na biurku, w innym plecaku, i tak dalej. Na pewno od momentu kiedy wydałem książkę jakoś bardziej się pilnuję, może trochę bardziej czuję się autorem (śmiech).

W pewnym momencie Marcin, jak syn marnotrawny, wraca do domu, do mamy. Trochę chowa się przed odpowiedzialnością, ucieka przed światem. Przytula się do tej mamy, która też nie jest w najlepszej kondycji, i odpoczywa. Jakie ty masz sposoby na to, żeby odpocząć?

Pierwsza myśl, która mi przychodzi do głowy, to po prostu czytanie. Co oczywiście jest trochę dziwne, bo czytam też do pracy, ale to rzeczywiście rzecz, która przynosi mi największą satysfakcję. A tak poza tym, to chyba mam problem z odpoczywaniem. Jestem pracoholikiem, ciągle szukam sobie jakiegoś zajęcia. „Taśmy” pisałem głównie w weekendy.

W stan dużego relaksu na pewno wprowadza mnie przygotowywanie i planowanie, jestem takim trochę kujonkiem, lubię się przygotowywać. Uwielbiam moment, kiedy deadline jest daleki, posprzątałem pokój, zrobiłem listę książek, które chcę przeczytać. Mam tę listę, porządek na biurku, kupiłem nowe flamastry, żeby kolorować nimi notatki. To jest dla mnie taki idealny stan.

Recenzję Taśm rodzinnych znajdziesz TUTAJ.

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *