Tosca. Najlepsza opera, jaką widziałam

Tosca. Najlepsza opera, jaką widziałam

Przekraczająca granice rozsądku władza kościelna, #metoo, prześladowana miłość, przekupstwo – to główne wątki Toski, które niepokojąco pasują do obecnej sytuacji w Polsce. Różnica jest tylko taka, że opera dzieje się w roku 1800, a my mamy 2021.

Początek sezonu Operze Wrocławskiej to huczna premiera Toski. Pierwsza odbyła się 27 sierpnia, druga dzień później i miałam przyjemność ją obejrzeć.

Akcja Toski dzieje się w Rzymie  około 1800 roku. Są to czasy rewolucji francuskiej i to między innymi czyni Toskę historią ciekawą społecznie i politycznie, a jak się okazuje także zaskakująco aktualną. Największym walorem tej opery jest jednak tytułowa bohaterka. W tym wypadku nie można użyć zbyt łagodnych słów, więc  – Tosca to wariatka.

Sielski początek

Pierwszy akt Toski zaczyna się sielsko i można stwierdzić, że włoskie emocje drzemią snem sprawiedliwego, którego w tamtym czasie trudno było spotkać. W kościele św. Andrzeja portret Marii Magdaleny maluje znany artysta – Mario Cavaradossi.

W tym samym budynku znajduje się, jego skazany przyjaciel, Angelotti. Malarz pomaga mu uciec, co na początku nie wydaje się kluczowym wydarzeniem, jednak poskutkuje niemałą katastrofą. W kościele pojawia się Tosca, miłość malarza, która widząc zdziwienie ukochanego, posądza go o zdradę. Do tego wszystkiego dołącza, pożądający Toski, prefekt policji rzymskiej, który w ostatniej arii zdradza niecne zamiera względem śpiewaczki.

Dramatyczny drugi akt

Prefekt policji rzymskiej, Scarpia, każe pojmać Cavaradossiego, ponieważ jest przekonany, że wie, gdzie ukrywa się Angelotti. Torturuje malarza, a Tosce stawia warunek, że oszczędzi jej ukochanego, gdy ta odda mu się bez reszty. Tosca postanawia być bardziej przebiegła niż prefekt może przewidzieć i w ostatniej chwili go zabija. Wcześniej wymusza jednak na nim pozwolenie na opuszczenie z ukochanym Państwa Kościelnego i ułaskawienie go.

Tragedia końca

Malarz ma ocaleć, ale przed społecznością musi zagrać, że został zabity. Zbierają się egzekutorzy, a rozpromieniony Mario czeka, żeby za kilka chwil uciec z ukochaną i żyć szczęśliwie, z dala od kościelnych szponów. Strzelający w stronę Cavaradossiego ostatecznie go zabijają, a Tosca pogrąża się w rozpaczy.

Podsumowanie

Przekraczająca granice rozsądku władza kościelna, #metoo, które w drugim akcie czuć z dużej odległości (co u wrażliwszego odbiorcy wywołuje niemałe ciarki, czemu pomaga oczywiście znakomita gra na scenie), prześladowana miłość, przekupstwo – to główne wątki Toski, które niepokojąco pasują do obecnej sytuacji w Polsce. Różnica jest tylko taka, że opera dzieje się w roku 1800, a my mamy 2021. Znamienne. I przerażające.

Cała historia została przedstawiona przez artystów Opery Wrocławskiej tak, że z zapartym tchem czekało się na ciąg dalszy. To zasługa reżysera – Michaela Gielety, ale także wspaniałej orkiestry pod batutą Basema Akiki. Wydobywał on ze swojego zespołu dźwięku tak miękkie, okrągłe, że przenosiły wprost w głąb fabuły. Głosy głównych bohaterów (w tych rolach Ewa Vesin i Tadeusz Szlenkier) wręcz rozsadzały mury Opery, a tę muzyczną brawurę wspierał wspaniały chór.

Element, którego nie można pominąć to scenografia wykonana przez Gary’ego McCanna. Każdy akt rozgrywa się w innym miejscu, a za sprawą bardzo realistycznej, monumentalnej i ruchomej scenografii, można było obejrzeć wszystkie z wielu stron. Ciepłe światło i doskonale dobrane stroje, wiernie oddawały klimat miasta. To wszystko sprawiało, że wydawało się, że scena Opery Wrocławskiej nie ma granic. Koniec każdego aktu to fuzja dźwięków, kolorów i włoskich emocji.  

Od jakiegoś czasu Opera Wrocławska robi wszystko z ogromnym rozmachem. W jego wyniku powstała też Tosca – najlepsza opera, jaką widziałam. Gdyby kurtyna nie opadała na dobre, owacje trwałyby wieczność.

Moja ocena:

10/10

 

 

 

 

Leave a reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *