„Podniebie” – przeczytaj darmowy fragment najnowszej powieści Agnieszki Gracy
Laureatka Nagrody Wielkiego Kalibru 2024, Agnieszka Graca, powraca z najnowszą powieścią, kontynuacją debiutanckiego „Czarnego poniedziałku„. Kryminał „Podbniebie” ponownie skupia się na pracy krakowskich detektywów – Igi Bagińskiej i Igora Szota. Z jaką sprawą przyjdzie im zmierzyć się tym razem? Przeczytaj darmowy fragment książki!
Rozdział 2
Niedziela, 29 stycznia
1
– Idę na fajkę – oznajmił Igor, odsuwając się na fotelu na kółkach od biurka. Wstał, przeciągnął się i ziewnął. – Przynieść ci jakąś drożdżówkę?
– Nie, dzięki.
– Zaraz wracam.
Przeszklone drzwi zamknęły się za nim z cichym kliknięciem. Iga sięgnęła po komórkę i sprawdziła, czy nie przyszedł esemes, na który czekała. Dwie godziny wcześniej jej syn Michał wsiadł do samochodu rodziców Bartka, jego przyjaciela. Zaprosili go na kilka dni do domku w górach, a Iga nie miała nic przeciwko. Michał już kilka razy jeździł z rodziną Bartka, z kolei Bartek nieraz dołączał do nich. Przedwczoraj w Małopolsce zaczęły się ferie zimowe, dlatego Iga ucieszyła się, kiedy padła propozycja wyjazdu. Nie chciała, żeby Michał spędził większość ferii w mieście, a na obóz kickboxingu jechał dopiero w przyszłym tygodniu. Domek rodziców Bartka miał aneks dla gości z osobnym wejściem – tam mieli się ulokować chłopcy. Mogli cieszyć się swobodą, której potrzebowali w tym wieku, ale dwójka dorosłych była w razie czego w pobliżu. Iga zdążyła poznać Kosteckich i wiedziała, że są odpowiedzialnymi ludźmi, a równocześnie nie będą gnębić nastolatków zbytnią kontrolą.
Esemes od Michała jeszcze nie przyszedł, jednak Iga się nie niepokoiła. Była niedziela, ludzie walili w góry, a z powodu rozpoczęcia ferii korki na Zakopiance wydłużały się znacznie bardziej niż zwykle. Mimo wszystko wolałaby już przeczytać, że dotarli na miejsce.
Wstała i przeszła do kuchni. Włączyła ekspres. Wybrała zwykłą czarną kawę. Podczas gdy maszyna mieliła ziarna i wypluwała stróżkę brązowego naparu, Iga stanęła przy oknie, wpatrując się w plac Nowy i otaczające go z czterech stron kamienice. Zimowe, blade słońce ledwo wyzierało zza przesłony, którą tworzył smog. Wokół okrąglaka jak zwykle tłoczyli się ludzie, ciesząc się tym, co dla niektórych było jeszcze porankiem, a dla innych niemal południem. Trochę im zazdrościła. Tej niespieszności, radości z leniwie spędzanej niedzieli. Co prawda ani Iga, ani Igor nie musieli dzisiaj przychodzić do pracy, ale oboje mieli sporo papierkowej roboty do uzupełnienia. Mimo to przynajmniej Iga spokojnie mogła przełożyć uzupełnianie raportów na nadchodzący dzień. A jednak wolała popracować w agencji, niż wracać do domu, w którym mijaliby się tylko z Łukaszem w przedpokoju albo udawaliby, że są zbyt zajęci, żeby obejrzeć razem jakiś film. Jedynie posiłki jedli razem. W milczeniu, unikając patrzenia na siebie i rozmów, ale razem.
Jeszcze.
Iga westchnęła. Wzięła kubek, wyłączyła ekspres i wróciła do biura. Upiła pierwszy łyk, kiedy za przeszklonymi drzwiami pojawił się cień, poprzedzony odgłosem kroków. Wiedziała jednak, że to nie Igor, bo ten ktoś był niższy, poza tym Igor poruszał się w innym rytmie.
Drzwi otworzyły się i Iga ujrzała ciemnowłosego mężczyznę o modnej fryzurze i brodzie przyciętej u barbera.
– Dzień dobry – powiedział. – Szukam agencji detektywistycznej. Czy…
– Tak, to tu. – Iga wstała i podeszła do przybysza. – Iga Bagińska – przedstawiła się, wyciągając dłoń.
Mężczyzna uścisnął ją w roztargnieniu.
– Robert Wierzbicki. Ja… Dostałem ten adres od Mariusza Wandziocha. To mój znajomy z siatkówki. Chodzimy razem… Zresztą nieważne. Nieważne. – Pokręcił głową, jakby chciał odgonić rozpraszające go myśli.
Żona Mariusza Wandziocha była kilka tygodni wcześniej ich klientką. Przyszła do agencji, bo nie wierzyła w samobójstwo swojej siostry. Jak się później okazało, miała rację.
– Proszę, niech pan usiądzie. – Iga pokazała ręką krzesło dla klientów.
Mężczyzna zdjął kurtkę i powiesił ją na wieszaku przy drzwiach. Zrobił kilka kroków do przodu, po czym osunął się na wskazane miejsce.
Iga zajęła miejsce za biurkiem. On jest wykończony, pomyślała.
Był po trzydziestce, chociaż zmęczenie i podkrążone oczy postarzały go. Miał na sobie ciemnoniebieską koszulę i dżinsy. Pachniał dobrą wodą kolońską.
– Oczywiście nie przypuszczałem, że tu kogoś zastanę w niedzielę. Ale byłem w okolicy i pomyślałem, że wejdę tylko zobaczyć. Miałem zadzwonić jutro z samego rana, żeby się umówić.
– Często pracujemy w weekendy. Nie zawsze w biurze, częściej w terenie, ale to nie jest tak, że przychodzi piątek, więc zamykamy. W czym mogę panu pomóc?
– Chodzi o to, że… – zaczął mężczyzna, ale w tym samym momencie ponownie dało się słyszeć kroki na schodach. Tym razem Iga nie miała wątpliwości, że to jej partner wraca z przerwy na papierosa.
– Dzień dobry – powiedział Igor, zamykając za sobą drzwi.
– To Igor Szot, mój partner. – Iga dokonała prezentacji. – A to pan Robert Wierzbicki. Jego żona, Hanna, zaginęła.
Mężczyzna spojrzał na detektywkę z niedowierzaniem.
– Skąd pani to wie?
2
Kiedy dwie godziny później przeszklone drzwi zamknęły się za Robertem Wierzbickim, Igor podszedł do szafki na dokumenty i schował umowę, którą podpisał ich kolejny klient. Wyjął nową teczkę, wrócił do biurka i podpisał ją, nadając sprawie sygnaturę.
– Rzeczywiście, plakaty wiszą od wczoraj na całym Kazimierzu. Ale kiedy go ubiegłaś, mówiąc o jego żonie, minę miał, jakby zobaczył jasnowidzkę.
Iga sięgnęła po zostawione przez Wierzbickiego zdjęcia żony i podeszła do dużych, rozsuwanych drzwi, zajmujących niemal całą krótszą ścianę biura. Rozsunęła je, po czym weszła do ukrytego za nimi niewielkiego pomieszczenia.
Kilka tygodni wcześniej, gdy odeszła z policji i zaczynała pracę w agencji, jedynym miejscem, gdzie można było przyczepić zdjęcia i notatki dotyczące śledztwa, była korkowa tablica wisząca na ścianie za biurkiem Igora. Iga potrzebowała więcej przestrzeni. Lubiła zapisywać w ten sposób dane, tworzyć mapę powiązań między ludźmi i miejscami wplątanymi w śledztwo. Wysprzątała więc maleńki pokoik sąsiadujący z biurem, który jej partner traktował jak rupieciarnię. Wyniosła na śmietnik zalegające w nim stare kartony i pudła po sprzętach, które Igor kupił do agencji. Największą ze ścian, na wprost rozsuwanych drzwi, pomalowała czarną, magnetyczno-tablicową farbą – dzięki temu zyskali tablicę dużo większą niż korkowa, na której mogli nie tylko pisać, ale również przypinać magnesami zdjęcia, mapy i notatki. I właśnie teraz Iga zawiesiła na samym środku ściany fotografie, które zostawił im Robert Wierzbicki. Nad nimi napisała kredą: Hanna Wierzbicka. Chociaż był dzień, w niewielkim pomieszczeniu panował półmrok. Jedyne okno, przysłonięte żaluzjami, wychodziło na wąskie, ciemne podwórze, ponurą studnię. Iga włączyła lampę – czarny, industrialny reflektor skierowany na ścianę.
– Jeszcze to. – Igor podał Idze zdjęcie, które zawieruszyło się wśród papierów i notatek na biurku. Iga przycisnęła je magnesem obok zawieszonych podobizn zagubionej. Przez chwilę stali przed ścianą, pozwalając pamięci wyryć w głowach twarz kobiety.
Na środkowym, największym zdjęciu Hanna Wierzbicka stała na parkowej ścieżce. Była ubrana w dżinsy, biały tiszert i cienki, rozpięty sweterek. Jasne włosy spięła w kucyk, ale luźne pasmo opadało na policzek. Przechyliła nieco głowę. Patrzyła na fotografującego z pobłażliwym uśmiechem, jak ktoś, kto już tysiąc razy prosił, żeby mu nie robić tylu zdjęć.
Drugie, mniejsze zdjęcie ukazywało twarz. Włosy, tutaj rozpuszczone, opadały na ramiona. Zbliżenie pozwalało ujrzeć oczy kobiety: szaroniebieskie. Tym razem Wierzbicka nie uśmiechała się; kąciki jej ust lekko opadały, nadając twarzy wyrazu powagi, może nawet smutku.
Zdjęcie, które Igor podał Idze, było zdjęciem do dowodu osobistego. Brakowało w nim emocji, bo jak to przy wyrabianiu tego rodzaju zdjęć modelka skupiała się wyłącznie na tym, by zapozować tak, jak sobie tego życzył fotograf, pragnęła zaś tylko jednego: by w końcu skończył. I może jeszcze by nie wyjść na zdjęciu jakoś bardzo okropnie, nawet jeśli nie będzie go oglądać nikt poza urzędnikiem, kontrolerem biletów w tramwaju czy rejestratorką medyczną.
Iga się pochyliła. Nie, nie wydawało jej się. Wyjęła z szuflady biurka szkło powiększające i jeszcze raz przyjrzała się zdjęciu dowodowemu.
Na lewym policzku kobiety widniało znamię w kształcie serca. Czerwono-fioletowa plama układająca się w tak niezwykły wzór.
Jeszcze raz przyjrzała się poprzednim zdjęciom. Hanna albo odwracała głowę, albo zasłaniała lewą stronę włosami.
Ukrywała znamię.
Na zdjęciu dowodowym nie mogła tego zrobić, bo tego rodzaju dokumenty mają wyraźnie pokazywać znaki szczególne.
Czwarte zdjęcie było czarno-białe i niewyraźne. Stop-klatka z nagrania monitoringu miejskiego. Twarz wyglądała jak setki innych twarzy o tej porze roku: ledwo widoczna pod nasadzoną mocno na czoło czapką i szalikiem obwiązanym wokół szyi tak, że zakrywał brodę i usta.
Na ostatnim kobieta obróciła się bokiem do obiektywu. Iga mogłaby się założyć, że właśnie ta fotografia najwierniej oddawała jej osobowość. Hanna stała pośród bujnych roślin, w jakiejś oranżerii lub zimowym ogrodzie. Opierała się biodrem o stół, na którym stały doniczki. Wyglądało na to, że zdjęcie zrobiono w momencie, gdy przesadzała kwiaty. Musiało być lato, bo miała na sobie czarną obcisłą koszulkę na ramiączkach i długą wzorzystą spódnicę. Włosy spięła w niedbały kok na czubku głowy. Na policzku widniała niewielka smuga; możliwe, że palce roztarły odrobinę ziemi. Kobieta uniosła rękę i wierzchem dłoni przecierała spocone czoło – właśnie ten moment wybrał fotografujący. Tutaj też widoczne było serce na lewym policzku. Kobieta nie zdążyła odwrócić głowy, bo zdjęcie zrobiono z zaskoczenia.
Iga spojrzała jeszcze raz na zdjęcie z monitoringu.
– Wierzbicki powiedział, że według policji ostatni raz uchwyciła ją kamera na skrzyżowaniu przy moście Powstańców Śląskich. Czyli mogła iść dalej bulwarami.
– Czasowo pokrywa się to z logowaniami jej komórki do nadajników. – Igor zajrzał do notesu. Zanotował w nim ustalenia policji, o których wspomniał im Robert. – Wiemy, że gdy uchwyciła ją kamera monitoringu, Hanna miała jeszcze włączoną komórkę. Pięćdziesiąt minut później albo ona ją wyłączyła, albo ktoś inny, albo…
– Albo nastąpiło zwarcie od wody i się wyłączyła, więc Robert słyszał sygnał: „abonent czasowo niedostępny”. Myślałam, że to będzie zwykła sprawa zaginięcia. Wiesz, kiedy się przedstawił i skojarzyłam, że jego żona to ta kobieta z plakatu.
– No. Ja też.
– A potem powiedział to o tych przyjaciółkach żony. Jak to było? Że to chyba pomyłka.
– I że wcale nie były umówione.
– Zrobiło się ciekawie. – Iga podeszła do parapetu, na którym stało pudełko z kredą. Wyjęła kawałek i wróciła do ściany. Od samego środka, gdzie wisiały zdjęcia, pociągnęła strzałkę w górę. Napisała: „Robert Wierzbicki”, a pod spodem dodała: „mąż”. – Tym razem chyba możemy przyjąć, że to nie mąż jest zabójcą – mruknęła. Zwykle bardzo uważnie i podejrzliwie przyglądali się mężom, partnerom i kochankom. – Sam zgłosił zaginięcie.
– Oglądałem wczoraj film. To był kryminał, w którym winnym okazał się właśnie mąż. Chociaż on sam zatrudnił detektywów. Pod koniec filmu ten detektyw wyjaśnił policji, po cholerę facet, który zabił, zatrudnił detektywów, mimo że policja nie miała na niego żadnych haków. Ale dalej nie wiem, o co chodziło. To całe wyjaśnienie było tak popieprzone, że chyba nawet scenarzysta go nie zrozumiał. W każdym razie winny był mąż.
Iga popatrzyła uważnie na swojego partnera. Zaciekawiło ją, komu pozwolił wybrać film na sobotni wieczór. Wiedziała, że z własnej woli by czegoś takiego nie obejrzał – nieraz naśmiewali się z tego, jak pisarze i filmowcy ukazują pracę policjantów czy detektywów. Igor zawsze strasznie się irytował. Ona sama, choć zdawała sobie sprawę z tego, jak różne są te dwa światy – fikcyjny i rzeczywisty – lubiła ten gatunek. Domyśliła się, że film wybrała prawdopodobnie kobieta, z którą ostatnio zaczął się spotykać.
– Nie no, jasne. Nie wykluczamy go. Ale jestem ciekawa, jakie inne tropy się tu pojawią. Jedno mnie zastanawia. Wróćmy jeszcze na chwilę do tego, co powiedziała ta Bibi, że to pomyłka. Że wcale nie były z Hanią umówione.
Igor spojrzał zaciekawiony na Igę.
– Przecież gdyby Wierzbicka kłamała – ciągnęła Iga – to albo wymyśliłaby coś innego niż spotkanie z przyjaciółkami, żeby wyjść tego dnia z domu, albo wykorzystałaby je.
– Wykorzystała?
– Poprosiłaby przyjaciółki, żeby w razie czego potwierdziły, że była z nimi, a w rzeczywistości poszłaby tam, gdzie zamierzała. Tymczasem ani Bibi, ani ta druga…
– Magda.
– Właśnie, Magda. Żadna z nich nie miała o niczym pojęcia.
– Tak, to dziwne.
– Dziwne. I dlatego… – urwała.
– Co?
Iga obracała w głowie pewną myśl, która pojawiła się podczas rozmowy z Robertem Wierzbickim i wracała uparcie. Nie wiedziała jeszcze, co z nią zrobić, dlatego potrząsnęła tylko głową.
– Nie, nic.
Pociągnęła kolejną strzałkę od zdjęć Hanny Wierzbickiej.
– Jak ma na nazwisko ta Bibi? – spytała.
Igor zerknął do notesu, w którym notował podczas
spotkania z klientem.
– Kozak.
Iga zapisała.
– A ta druga, Magdalena?
– Potyka.
– Koleżanki albo przyjaciółki z pracy. Brakuje mi na to słowa.
– Na co? – zdziwił się Igor.
– No właśnie na ten rodzaj relacji. Kiedy nie jestem pewna, czy to bardziej koleżanka, czy przyjaciółka. Anglosasi mają: friends i to jest jednak wygodne określenie. Ja mam zawsze problem: koleżanka kojarzy mi się raczej ze szkołą lub pracą, a przyjaciółka z kimś naprawdę bliskim. Lubię określenie: znajoma, bo jest takie pomiędzy, ale przypuszczam, że dla wielu osób może to być ktoś o wiele mniej ważny od przyjaciółki.
– Kurczę, nie myślałem o tym nigdy w ten sposób.
Iga podrapała się po głowie.
– Dobra, nieważne. W każdym razie chciałabym się z nimi jak najszybciej spotkać. Może jutro rano?
– Dobry pomysł. Koniecznie pogadajmy z tymi dwiema, ale trzeba będzie też się spotkać z innymi nauczycielami, zwłaszcza z tymi, z którymi Wierzbicka widziała się w piątek w pracy. No i z dyrektorką.
– Tak. Może ktoś coś zauważył. – Iga obok nazwisk dwóch nauczycielek dopisała: „szkoła”.
Przez chwilę detektywi wpatrywali się w zapiski na ścianie. Po chwili Igor dorysował nową strzałkę i zapisał: „znajomi”.
– Wierzbicki wspominał o przyjacielu, który założył tę stronę na fejsie, o zaginięciu.
– Alek Palka.
Zapisał.
– Z nim też trzeba będzie się jak najszybciej spotkać.
– Najlepiej jeszcze dziś.
Brzdęknął sygnał przychodzącego esemesa. Iga sięgnęła po komórkę.
– Idealnie. Wierzbicki przysłał właśnie adres Palki. To na Czyżyńskiej.
– Może… – Igor zawahał się. – Pojadę tam sam? A ty wrócisz na obiad do domu? Na chwilę zapomniałem, że jest niedziela, pewnie już tam na ciebie czekają. Możemy spotkać się później na Tarłowskiej.
Idze przemknął przed oczami obraz: zamknięte drzwi gabinetu Łukasza.
– Nie. Jadę z tobą.
Fragment książki „Podbniebie”, Agnieszka Graca, wyd. Agora. Premiera 12 marca 2025.
O książce

ŻADNA GŁĘBIA NIE POCHŁONIE PRAWDY NA ZAWSZE
Para krakowskich detektywów, Iga Bagińska i Igor Szot, bada sprawę zaginięcia kobiety, której ślad urywa się na wiślanych bulwarach. Żadnych świadków, żadnych dowodów, żadnych podejrzanych – tylko pytania.
Czy kobiecie coś się stało? A może jej zniknięcie to wyraz desperacji? Ucieczka od życia, które okazało się nieznośne? Pod płaszczykiem wciągającej intrygi kryminalnej Graca kreśli poruszający obraz zwykłego kobiecego losu we współczesnej Polsce i zadaje pytania o to, jak żyjemy i jak chcemy ze sobą żyć.
Graca z charakterystycznym dla siebie literackim kunsztem splata elementy klasycznego kryminału z psychologiczną głębią. Kraków, tak dobrze znany, staje się miastem pełnym cieni i niedopowiedzeń.
„Podniebie” to intensywna, wnikliwa i pełna napięcia opowieść o granicach wytrzymałości, wyborach, definiujących nasze życie, i pragnieniu ucieczki od rzeczywistości, która jest zbyt ciężka do uniesienia.
Chcesz dowiedzieć się więcej o autorce oraz jej spojrzeniu na kryminał? Koniecznie przeczytaj wywiad! Kliknij tutaj.
Agnieszka Graca w sieci
FB: Agnieszka Graca – pisarka
IG: https://www.instagram.com/agnieszka.graca.autorka/
