Stany_przejściowe_Zofia_Lorek_fragment

„Stany przejściowe” – przeczytaj darmowy fragment debiutanckiej powieści Zofii Lorek

Opowieść o tym, jak osiągnąć szczęście w świecie na sterydach, w którym gonitwa za wciąż nowymi iluzjami przynosi wieczne niezaspokojenie. Mocny debiut – przekonuje wydawca. Czy w debiutanckiej książce Zofii Lorek znajdziemy odpowiedzi na stawiane przez nią pytania: Czym jest raj i jak się do niego dostać? Ile trzeba poświęcić, by żyć po swojemu? Czy z systemu da się uciec, a jeśli tak, to kosztem jakich wyrzeczeń?

Tonę spokojnie w sobie, kiedy na czoło skapuje mi kropla wody (bum), potem druga (bum). Przy trzeciej (BUM) otwieram oczy. Na suficie jest ciemna, wilgotna plama w kształcie jakiejś wyspy, na którą nigdy nie pojadę. Szturcham go, ej, widzisz to, na suficie jest plama, ale on mówi coś niezrozumiałego i śpi dalej. Krople nadal kapią.
Tap, tap, tap.
Tap, tap, tap.
Tup, tup, tup.
Tup.
Stukot kropel płynnie przechodzi w stukot obcasów.
Tup, tup, tup.
Odgłos kroków niesie się echem po klatce schodowej, z czwartego piętra na trzecie, potem niżej, potem coraz mniej go słychać, aż w końcu echo milknie. Leżę i nasłuchuję, jak co noc od kilku tygodni – najpierw schodzi na parter, a po paru minutach wraca.
Tup, tup, tup.
Przechodzi koło naszych drzwi i idzie na górę.
Ona znów zeszła i weszła, szturcham go.
Pewnie paliła, mamrocze sennie, potem znów mruczy coś niewyraźnie i jego oddech wraca do poprzedniego rytmu. Kroków już nie słychać, ustało też kapanie wody, chociaż wilgotny ślad na suficie nie zniknął. Patrzę na plamę jeszcze kilka minut, a kiedy ponownie otwieram oczy, jest już jasno i plama też jest jaśniejsza, jakby po ciemku była bardziej widoczna. Jest środa, ósma rano, on nadal śpi odwrócony do ściany (nie idzie dziś do pracy?), chociaż wcześniej chyba wstał na chwilę, bo zostawił mi kawę na stoliku nocnym. Ja też wstaję, ubieram się po cichu, żeby go nie obudzić, odciągam zasłony i wychodzę.

Z pracy uciekam pod pretekstem wizyty u lekarza, nieswojo się dziś czuję, kto wie co to może być. Nikt nie protestuje, kiedy wychodzę trochę wcześniej, jakieś pięć godzin, z biura. I tak muszę potem wrócić.
Jestem w poczekalni półzajętej przez kilka niewyraźnych osób. Pytam, kto jest ostatni, ale odpowiada mi tylko pogłos niechętnych mamrotań pod nosem. Chwilę siedzę na niewygodnym krzesełku i zastanawiam się, który z gabinetów jest pusty, a w którym trwa przesłuchanie. Pokoje na prawo ode mnie zajęte. W gabinetach po lewej cisza. Wychylam się w stronę drzwi, jednych i drugich, i staram się wyczuć, czy zaraz wydobędzie się z nich jakikolwiek dźwięk, czy rzeczywiście są puste, a jeśli tak, to czy są zupełnie puste, czy może jednak siedzi w nich jakiś znudzony doktor, który akurat nikogo nie przyjmuje. W tym pierwszym po lewej chyba naprawdę nikogo nie ma – prawie przykładam ucho do drzwi, ale nic nie słyszę. Ten dalszy ma potencjał, dochodzi z niego jakieś szuranie, ale tylko pojedyncze, drugie krzesło z pewnością nie wydaje
dźwięków. Rozglądam się jeszcze raz, upewniam, że nikt z czekających w kolejce nie mierzy mnie rozeźlonym wzrokiem. Widać nie są mną zainteresowani, więc ponownie przykładam ucho, nadal tylko jedno szuranie, i pukam. Chwila ciszy, a potem głośne „SZUR”, jakby ktoś ostatecznie poprawiał się na krześle, żeby być gotowym na to, co go czeka.
Wejdzie, słyszę, więc posłusznie wchodzę i siadam naprzeciwko.
Dzień dobry, boli mnie, jak robię tak.
To proszę tak nie robić.
Serio to powiedziała?
No nie wiem, wzrusza w końcu ramionami lekarka, a badania pani zrobiła?
No nie.
No.
No zrobię, mówię na odczepnego.
Ale kiedy?
Nie wiem, myślę; kiedy się zbiorę, mówię; zgubiłam skierowanie, myślę, ale teraz to chyba nie wypada poprosić. Nie proszę.
Proszę zrobić, bo zawsze pani będzie słabo, i proszę rzucić palenie, i jeszcze proszę przyjść za tydzień, albo lepiej za miesiąc, bo za tydzień to ja będę na urlopie w Kenii.
Fajnie, w Kenii, mówię, chociaż w sumie nie umiałabym pokazać Kenii na mapie, przynajmniej nie teraz tutaj.
Najlepiej widoczne gwiazdy na świecie, lekarka z dumą wypina pierś, jakby to od niej zależały te ogromne gwiazdy. Ale już niedługo, zastrzega szybko, bo teraz są wielkimi olbrzymami, a za miesiąc staną się białymi karłami i zupełnie znikną. Tylko przez ten miesiąc jeszcze są największe, potem już nie ma co tam jechać.
Czuję się urażona, bo wyprzedziła moją myśl, że kiedyś tam pojadę i zobaczę największe gwiazdy na świecie.
No, czop, czop, wygania mnie, jak pani nie ma badań, to nie ma już co siedzieć.
Może chociaż L4?, pytam z nadzieją.
No wie pani, obrusza się lekarka, niech pani porządnie zachoruje, to będzie pani odpoczywać, a nie tak.
Chcę jeszcze coś powiedzieć, ale lekarka patrzy już w ekran komputera, na którym jako tło ustawione ma
gwiazdy, wielkie na cały pulpit.
Idę do pracy. Na wszelki wypadek okrężną trasą, żeby dać szansę światu. Może coś się wydarzy po drodze. Nie dzieje się nic i nie dzieje się aż do końca drogi, więc ociężale docieram do bramy; strasznie mi się dłuży, ostatnio metry są jakieś większe, trójwymiarowe i głębokie, jakby rozciągnięte, brodzę w nich i przez to idę bardzo powoli.

Wracam do domu i od wejścia czuję smród. Wydaje mi się, że czułam go już wcześniej, ale dziś jest wyraźniejszy.
Trzeba wyrzucić śmieci, rzucam w eter.
Wczoraj wyniosłem, odpowiada z sypialni.
Nie wiedziałam, że jest w mieszkaniu.
Otwieram drzwi do kuchni, żeby upewnić się, że to nie wina śmieci, ale nie, chyba rzeczywiście je wyniósł, w każdym razie nie ma żadnych worków na podłodze. Sprawdzam w szafce pod zlewem, czy nie zapomniał o tych, które są w kubełkach, i chociaż plastikowe kubełki są prawie puste, okropny zapach bucha mi w twarz.
Śmierdzi spod zlewu, krzyczę z kuchni, jednak tym razem nie dostaję żadnej odpowiedzi.
Rzeczywiście spod zlewu, ale chociaż szukam czegoś, co mogłoby tam śmierdzieć (przecieku, resztek jedzenia, które spadły za brzeg szafki i w końcu zaczęły gnić, gniazda karaluchów, które podobno lubią się chować w miejscach takich jak to), niczego nie znajduję. Smród wydaje się wypływać z rur jakby przy okazji, po prostu na trajektorii góra–dół po hydraulice kamienicy.
Coś idzie od sąsiadów, mówię, ten zapach idzie z góry albo z dołu po rurach.
Pewnie z góry, odkrzykuje on z sypialni, więc idę to sprawdzić. Naprawdę śmierdzi.
Wchodzę po schodach na górę i wchodzę w rolę wkurwionej-wkurwiającej sąsiadki.
Dzień dobry państwu, czy to u państwa tak jebie, no kto to widział, zróbcie coś z tym, ludzie tu mieszkają, państwo nie są sami w budynku, ja zadzwonię do właścicielki, do nadzorcy, nawet do sanepidu zadzwonię, jeśli czegoś z tym państwo natychmiast nie zrobicie.
Planuję sobie to wszystko powiedzieć, a mój nadgarstek już się przymierza do agresywnego pukania, ale kiedy staję przed drzwiami, one otwierają się nagle i pojawia się w nich sąsiadka z trzema albo czterema wypchanymi workami na śmieci. Patrzy na mnie przez sekundę z mieszaniną zaskoczenia i obrzydzenia, a potem zatrzaskuje drzwi za sobą, wymija mnie i już schodzi po schodach.
Tup, tup, tup.
Stukot jej obcasów niesie się po klatce, coraz ciszej, kiedy pokonuje kolejne poziomy, aż przestaję go słyszeć. Wiem, że za kilka minut znów spotkamy się na górze, jej kroki będą stopniowo stawać się coraz głośniejsze, aż w końcu wróci pod swoje mieszkanie na czwartym piętrze. Nie wiem, co robić, bo cała agresja ze mnie uleciała, a mój bojowy nadgarstek nagle sflaczał, więc po chwili wahania panicznie zbiegam na moje piętro, do mojego przedpokoju. Będę tego żałować.
Ej, spotkałam sąsiadkę z góry.
On nic nie odpowiada, nie wiem, czy w ogóle usłyszał, więc wkładając kapcie, mówię jeszcze raz:
Spotkałam sąsiadkę z góry, wynosiła śmieci, miała chyba cztery worki ze śmieciami.
On mruczy coś niezrozumiale, nie jestem pewna, czy o coś pyta, idę do sypialni, żeby opowiedzieć więcej, jak chciałam zrobić awanturę, a potem ona otworzyła drzwi i z tymi śmieciami zeszła w dół, tup, tup, tup, jak codziennie.
Słyszałeś? Ona wynosi śmieci.
Mhm, mówi śpiąco, wyniosę potem te śmieci.
Moje newsy nie zrobiły żadnego wrażenia na jego odwróconej do ściany, przykrytej ciężką kołdrą postaci. Zbija mnie to z tropu: właściwie dlaczego wydaje mi się dziwne, że ona wynosi śmieci? Smród spod zlewu bez zmian. Kiedy mnie nie było, on chyba wstał i znów zaciągnął zasłony.

Wstałam za późno i śpieszy mi się, pewnie dlatego droga do pracy wydaje się dłuższa. Rano wypiłam tylko łyk kawy (to ta sprzed paru dni?), ubrałam się i wyszłam, w klapkach, jak się okazało, więc musiałam wrócić i zmienić je na zwykłe buty.
Lubię dzielić rzeczy na mniejsze części, na przykład drogę do pracy dzielę na pięć. Na początku jest przystanek tramwajowy (ósemka, dziesiątka, siedemdziesiątka dwójka, trzynastka), na którym zwykle rano kłębią się ludzie. Zwykle, ale tego dnia akurat na przystanku nikt nie stoi, a na elektronicznym rozkładzie jazdy kolejne tramwaje zapowiadane są na wiele minut do przodu.
Zaraz za przystankiem jest kawiarnia, która wystawia przed wejściem dwa stoliki, zawsze zajęte, potem Żabka na rogu, wiadomo, aż w końcu kosz na śmieci dziesięć metrów od biura, przy którym codziennie wypalam fajkę (papieros o 8.55; o 8.58 wchodzę przez bramę).
Przeważnie te pięć minut, czyli trzysta pięćdziesiąt metrów, wygląda tak samo, ale dzisiaj idzie mi się jakoś inaczej i dopiero w połowie pracy orientuję się dlaczego – nigdy nie zmieniłam domowych gumowych klapków na adidasy. Przez resztę dnia usiłuję nie zwracać na siebie niczyjej uwagi, niepotrzebnie, bo i tak nikt nie zauważył moich butów. Kiedy wychodzę z biura, muszę się cofnąć, bo okazuje się, że mam na nogach tylko skarpetki. Klapki leżały grzecznie pod biurkiem, a droga do domu minęła bez większych niespodzianek. Poza ukrywaniem swoich klapków nie zrobiłam tego dnia nic, ale kiedy tylko wracam, od razu ogarnia mnie straszliwe zmęczenie, chyba dlatego, że w domu jest ciemno. Znów musiał zaciągnąć zasłony, kiedy mnie nie było.

Ten dzień spędzam produktywnie, na obliczeniach. Liczę, ile pieniędzy wszystko by zmieniło. Sprawa jest poważna – jedynie ustalenie kwoty wolnej od zmartwień gwarantuje magię sympatyczną wszechświata. Każdy szczegół musi zostać dobrze przemyślany. Dla niepoznaki zaczynam w Excelu. Dzisiejszego dnia obliczenie precyzyjnej kwoty, za którą bym sobie życie na nowo ułożyła, wydaje mi się szczególnie istotne. Po pracy (która godzina?) idę do Żabki, żeby kupić zdrapki.
Nie mamy, mówi sprzedawca i zakłada ręce na piersi. Nie pyta nawet o aplikację i wyczekująco patrzy w podłogę tuż pod moimi nogami, aż łapię aluzję i wychodzę. Za karę nie kupuję u niego papierosów, niech nie wyrobi targetu.
Idę do następnej Żabki, tuż obok, i tam pytam o to samo.
Nie rozumiem, odpowiada sprzedawczyni z Ukrainy i szybko zwraca się do następnej osoby w kolejce, która bierze hot doga.
Kolejka wypycha mnie pod drzwi sklepu i dalej, na ulicę. Nagle wszyscy chcieli hot dogi i stłoczyli się koło piecyka, a ja wypływam na zewnątrz bez zdrapek i papierosów, za to z poczuciem, że dzieje się tu coś dziwnego. Jakby komuś zależało, żebym nie miała zdrapek (i fajek najwyraźniej), więc jeśli naprawdę chcę je kupić, to teraz nie wolno mi nie iść do trzeciej, skoro do trzech razy sztuka. Idę dalej, aż w końcu docieram do ostatniej Żabki. Wchodzę i patrzę na sprzedawczynię z czarnymi kreskami na
oczach. Nie wiem dlaczego, ale czuję, że zaraz się rozkleję.
Proszę, zmień moje życie, mówię.
Patrzy na mnie kocimi kreskami.
Chce pani zdrapkę?
Wyciągam z kieszeni pogniecioną kartkę z wydrukowanymi tabelkami.
Potrzebuję wygrać, mówię. O, tu mam wszystko obliczone: jak wygram trzysta tysięcy, to przez sześć lat nie będę musiała pracować, a jak dwa miliony, to już nigdy.
Czyli dać zdrapkę na dwa miliony, pyta albo stwierdza, nie wiem.
Nie, nie, wycofuję się, nikt nie wygrywa dwóch milionów w zdrapkach, nie ma co marnować okazji, pani da taką na trzysta tysięcy.
To będzie pięć złotych, mówi, tylko gotówką.
Daję jej piątkę, a ona chowa ją do kieszeni.
Nie wygrała pani.
Przecież nawet nie dostałam zdrapki, protestuję.
Sprzedawczyni przewraca kocimi oczami i wzdycha, a potem daje mi zdrapkę z rubinem. Zdrapuję numerki groszem i nie wygrywam.
Mówiłam, mówi.
Patrzę na jej twarz Sfinksa i nagle rozumiem.
Ty wiesz, jakie są wyniki, prawda?
Tak, mówi Sfinks.
Czy jeśli kupię następną, to wygram?
Nie.
A tę?
Nie.
Tę?
Kręci głową.
Czy jeśli kupię tu jakąkolwiek, to wygram?, nie odpuszczam.
W zdrapki możesz tylko przegrać, mówi, nie ufaj nikomu, kto powie ci inaczej. Bo ona będzie ci mówić inaczej.
Kto?
Ta, która będzie obiecywać ci to, po co tu dziś przyszłaś. Ona i cała reszta świńskich stworzeń, rozpoznasz je.
Nic z tego nie rozumiem.
Twarz Sfinksa na sekundę się zmienia, spokojne, kamienne oblicze na ten krótki moment staje się prostacko zwierzęce, a oczy – wcześniej kocie i migdałowe – wybałuszają się jak u prosięcia. Chwilę potem maska opada, a ona znów wygląda tak jak wcześniej, tak jakby pokazała mi tylko kliszę z czyimś brzydkim, odstraszającym portretem i zaraz zmieniła obraz.
Ona może cię uwięzić, dodaje cicho Sfinks, jeżeli jej na to pozwolisz.
Co to znaczy?
Nie przyjmuj od niej niczego, nieważne, co będzie chciała ci dać. Inaczej cię tu zatrzyma.
Gdzie tu?
W tym świecie, który wydaje ci się, że znasz. W tym, do którego przywykłaś.
Próbuję jeszcze dopytywać, ale ona już nie odpowiada. W końcu się poddaję.
Polecam hot doga, woła za mną śpiewnie, kiedy wychodzę. Z tego wszystkiego zapominam kupić papierosy i robię to dopiero później, w Carrefourze.


Zofia Lorek – Laureatka Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO. Absolwentka religioznawstwa i wiedzy o teatrze na Uniwersytecie Jagiellońskim. Współzałożycielka i członkini kolektywu artystycznego comerheart, z którym współtworzy wystawy prezentowane w ramach Open Eyes Art Festival. Mieszka w Krakowie.

Opis i zdjęcie autorki pochodzą ze strony wydawcy: https://drzazgi.com/


Więcej o książce przeczytasz tutaj: Stany przejściowe.

Dodaj komentarz