„Jestem w stu procentach wierna bohaterom i ich historii” – rozmowa z Weroniką Mathią
Weronika Mathia – dziennikarka, copywriterka, politolożka i współzałożycielka szkoły kreatywnego pisania – Kuźni Bestsellerów. W zaledwie kilka lat wypracowała miejsce w czołówce polskiego kryminału. W rozmowie z Następną Stroną opowiada, jak ważna jest dla niej wierność własnym pomysłom, dlaczego nie potrafi stworzyć postaci do cna złej oraz jak odreagowuje mroczne wątki swoich powieści.
Zadebiutowałaś w 2023 roku bardzo ciepło przyjętą książką Żar. Zaledwie dwa lata później zdobyłaś prestiżową Nagrodę Wielkiego Kalibru oraz Nagrodę Czytelników Wielkiego Kalibru za Szept, a niedawno premierę miała Twoja czwarta już powieść – Rdzeń. Bywasz na targach książki, festiwalach, spotkaniach autorskich, jesteś aktywna w mediach społecznościowych. Nie da się ukryć, że szturmem podbiłaś polski rynek. Czy ciężko było z dnia na dzień odnaleźć się w roli popularnej pisarki?
Z jednej strony oczywiście zdaję sobie sprawę, że jestem w miejscu, o którym marzy wielu równie utalentowanych pisarzy kryminałów w Polsce, z drugiej – niewiele się w moim życiu zmieniło. No, może jestem o krok bliżej do tego, by całkowicie żyć z pisania, co było moim wielkim marzeniem. Nadal onieśmiela mnie, kiedy ktoś przyjeżdża na spotkanie autorskie z drugiego końca Polski. Albo nosi koszulkę z tytułami moich książek czy moim zdjęciem. Czuję się wyróżniona, ale też odpowiedzialna za to, żeby tych czytelników nie zawieźć. Czy podbiłam szturmem rynek książki? Nie wiem, to dosyć mocne zdanie. Na pewno zostałam zauważona, a to już bardzo wiele. Staram się nie myśleć o tym, co będzie dalej. Nie mieć oczekiwań. Jeśli do końca życia będę mogła pisać i moje książki będą dla kogoś ważne, to znaczy, że i tak osiągnęłam więcej, niż przypuszczałam.




Z wywiadów, których dotychczas udzieliłaś, można wywnioskować, że dobrze poznałaś swoich czytelników i znasz ich oczekiwania. Czy zdarza Ci się zmienić coś w fabule tylko dlatego, że wiesz, że czytelnik bardziej doceni takie rozwiązanie? Da się zachować balans między pisaniem dla siebie a pisaniem dla czytelnika?
Bardzo ciekawe pytanie, bo nie wiem, czy znam moich czytelników. Oni zresztą też są bardzo podzieloną grupą i nie wszystkie moje książki im się podobają. Zdarza mi się wplatać miejscowości, które odwiedziłam podczas trasy autorskiej albo jakieś ciekawe, historyczne miejsce. Natomiast nigdy nie myślę o czytelnikach, kiedy konstruuję fabułę. Jestem wtedy w stu procentach wierna bohaterom i ich historii. Co więcej, zdarza mi się rezygnować z jakiejś sceny, bo uznaję, że jest zbyt efekciarska i za mało prawdziwa. Nigdy też nie myślę o tym, co jest modne i co się sprzeda. Pomysł na powieść musi być najważniejszy… dla mnie. Bo to ja będę o nim śniła przez osiem miesięcy albo i dłużej.
W Twojej najnowszej powieści – Rdzeniu – pojawia się przejmujący wątek zaginięcia małego chłopca. Jak wiemy, sama jesteś matką. Czy w trakcie pisania zdarzało Ci się wyobrażać sobie siebie w roli rodzica, który staje w obliczu takiej tragedii?
Ilekroć któryś z moich synów nie odbiera kolejnego połączenia albo zbyt długo nie wraca do domu, od razu zadaje sobie pytanie: a co gdyby nigdy nie odebrał? Gdyby nigdy nie wrócił? Przez to, że nieustannie analizuję zbrodnie, przyznaję, że bywam nadopiekuńcza, ale staram się z tym walczyć. Spoglądać na jasną stronę życia i nie zwariować. Nasz nastrój zależy przecież od treści, którymi się karmimy. Jeśli przez większość roku piszę o morderstwach, a później jeszcze odpalam serwisy informacyjne, w których na dziesięć wiadomości dziewięć jest negatywna, trudno o to, żebym zachowała równowagę. Dlatego w wolnym czasie oglądam sporo sitcomów albo dokumentów. I bardzo dużo żartuję. Do tego stopnia, że kiedyś ktoś powiedział mi, że chyba nigdy nie widział u mnie innego wyrazu twarzy niż uśmiech.

W swoich powieściach tworzysz barwne, skomplikowane postaci. Trudno jednoznacznie określać je jako dobre lub złe. Dbasz o to, by przedstawić złożoność decyzji, przed jakimi stanęli, wskazujesz czynniki, które popchnęły ich w taką, a nie inną stronę w życiu. Czy mimo to zdarza Ci się jednak nie polubić któregoś z bohaterów, których wykreowałaś?
Zdarza mi się darzyć mniejszą sympatią tych, którzy są definitywnie negatywnymi postaciami. Niestety los obdarował mnie ponadprzeciętną empatią i po prostu każdego, o kim piszę, doskonale rozumiem. Prawdopodobnie przez to nie umiem stworzyć postaci do cna złej. W prawdziwym życiu też to się nie zdarza. Często za zbrodnią stoi zaburzenie psychiczne, trauma czy w końcu używki i alkohol. Czasami też człowiek wychowywał się w takim środowisku, że przestępstwo było normą. Uważam, że za każdą zbrodnią stoi człowiek słaby – nawet jeśli jest potworem. Moje rozważania są jednak czysto teoretyczne i być może gdyby ktoś skrzywdził moich bliskich, nie miałabym w sobie wcale zrozumienia. W tym kontekście podziwiam rodziny ofiar, które potrafią wybaczyć zbrodniarzom.
Niedawno wyjawiłaś, że główną bohaterką Twojej następnej książki będzie drugoplanowa postać z Rdzenia, technik kryminalna, Karolina Rawa. Czym zaskarbiła sobie Twoją sympatię na tyle, że postanowiłaś poświęcić jej całą książkę? Kiedy taki pomysł zakiełkował w Twojej głowie?
Chyba od pierwszego słowa, które jej podarowałam. Szalenie polubiłam Karolinę i czułam, że to jest postać, którą chciałabym jeszcze lepiej poznać. Dość szybko wiedziałam, gdzie będzie rozgrywała się akcja i jaka będzie intryga kryminalna, natomiast długo zajęło mi zrozumienie samej Karoliny. Choć dzielimy pewne cechy – empatia, miłość do zwierząt czy zaangażowanie, to jednak prowadzi zupełnie inne życie niż ja. Jest singielką. Nie ma ani dzieci, ani partnera. Jednocześnie wykonuje bardzo trudny, obciążający zawód. Żeby ją zrozumieć, byłam w nieustannym kontakcie z panią, która była technikiem. Muszę powiedzieć, że niesamowicie ją podziwiam. Nikt nie jest tak blisko ofiary na miejscu zbrodni czy wypadku jak technik. Trzeba mieć niezwykle silną psychikę, żeby to znieść. Najlepsi technicy to policjanci, którzy mają za sobą pracę na różnych wydziałach, więc ich wiedza jest naprawdę imponująca.
Zapewne nie możesz jeszcze zdradzić tytułu ani zarysu fabuły. Czytając Twoje powieści łatwo jednak dostrzec pewien stały element, swego rodzaju znak rozpoznawczy stylu Weroniki Mathii, czyli dwie linie czasowe. Czy możemy się spodziewać podobnego rozwiązania także w książce, nad którą właśnie pracujesz?
Cóż, nie tylko dwie, ale nawet trzy. Uwielbiam przyglądać się, jak jedne wydarzenia wpływają na drugie. Taka struktura fabularna właśnie mi to umożliwia. Każda linia czasowa stanowi niejako osobną opowieść, a przez to historia jest dla mnie fascynująca na każdym etapie jej tworzenia. Wiem, że część czytelników uwielbia takie rozwiązania, a inni nienawidzą wplatania wątków z przeszłości. Szczerze to zastanawiam się, czy potrafiłabym napisać powieść w jednej linii czasowej. Może kiedyś spróbuję? Będzie to wyzwanie rzucone samej sobie.
Na koniec pytania do Weroniki Mathii – czytelniczki. Egzemplarz papierowy, ebook czy audiobook?
Zdecydowanie papier.
Jedna książka na raz czy kilka tytułów jednocześnie?
Oczywiście, że kilka równocześnie!
Ostatnia przeczytana obcojęzyczna książka to…?
Słodki obłęd Jodi Picoult i Jennifer Finney Boylan.

Ostatnia przeczytana polska książka to…?
Obiekty Głębokiego Nieba Jakuba Małeckiego.

Książka, która w tym roku zrobiła na Tobie największe wrażenie?
Staram się nie selekcjonować książek i nie tworzyć rankingów. Inaczej ocenia się przecież obyczaj, inaczej kryminał, a jeszcze inaczej literaturę piękną. Wracam myślami do wielu pozycji. Niedawno po raz drugi przeczytałam Mur Duchów Sarah Moss. Więc może uczciwie będzie wskazać właśnie tę powieść.

A Wy? Tworzycie rankingi?
Czy znalazłby się w nich Rdzeń lub pozostałe powieści autorki?
Weronika Mathia w sieci:
FB: https://www.facebook.com/WeronikaMathiaAutorka
IG: https://www.instagram.com/weronikamathia_autorka/
WWW: https://www.weronikamathia.pl
